poniedziałek, 12 września 2011

Oferta

W Europejskiej Stolicy Kultury in spe można przebierać w ofertach. W sobotę można było wybierać pomiędzy Europejskim Kongresem Kultury, troszkę wykręconym w lewym kierunku, a zorganizowanym mordobiciem pod nazwą "Walka XXI wieku: Adamek vs Kliczko". W pierwszym przypadku była to impreza głównie dla kuratorów, dyrektorów i innego autoramentu menedżerów kultury. O ich dobre samopoczucie dbała policja konwojując autokary z Hali Stulecia do hoteli, aby szacowni goście nie marnowali czasu stojąc w korkach. Przecież to nie są zwykli frajerzy.
W tym samym czasie na naszym najdroższym stadionie dwóch dżentelmenów postanowiło obić sobie ryje. Policja o dziwo - nie aresztowała dżentelmenów za bójkę, a otaczającej ich 40-stotysięcznej gawiedzi za podżeganie do czynu zabronionego, lecz dbała o sprawne dotarcie na miejsce mordobicia.
Pomiędzy tym wszystkim przypadkowe społeczeństwo Wrocławia miało jedno zadanie: nie przeszkadzać. A jak się nie podoba to wynosić się na swoją wieś z której jeszcze słomę w butach macie.
Może warto skorzystać, skoro na zapadłej polskiej wsi woda bieżąca w kranie jest czymś oczywistym. We Wrocławiu na Kozanowie od dwóch miesięcy nie. Ona tylko bywa - kiedy chce. Zazwyczaj ma to miejsce w godzinach 24:00-5.30. Bo przecież wielkie miasto żyje dla nocy.

PS1. Za tydzień powtórka: George Michael na najdroższym stadionie zgrabnie będzie łączył obie imprezy. Nie mogę się doczekać.

PS2. Zapachnie tanią demagogią, ale ze względu na jedność czasu z konwencją PO nie mogę sobie darować. Donald Tusk podkreślał, że chce być premierem od zwykłych rzeczy, od ciepłej wody w kranie. Część osób twierdziła, że to rezygnacja z bardziej ambitnych planów (i okazuje się, że miała słuszność), a hasło ciepłej wody wydawało się być w miarę bezpieczne i wykonalne. Ale nawet to premierowi nie wyszło: żeby nawet zimna woda była...

I ostatni PS3: W trakcie organizacji dowozu na mordobicie ogłoszono, że pod sam stadion mogą podjeżdżać tylko samochody z zagranicznymi rejestracjami. Polactwo won i albo na piechotę, albo komunikacją - przepraszam za eufemizm - publiczną. Wraz z konwojami gwiazd kulturalnej biurokracji europejskiej urasta to już do rangi symbolu - wyobraźcie sobie coś takiego np. w Niemczech - by zasady organizacji ruchu nie obowiązywały cudzoziemców. Jak sąsiedzi mają nas szanować, jak sami dbamy o to, by nie musieli?  To jest praktyka kraju kolonialnego.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Problem z Janem Tomaszem Grossem


Jan Tomasz Gross opublikował kolejną książkę o mniej chwalebnych działaniach ludzi w czasie ostatniej wojny światowej. "Złote żniwa" po ponad 65 latach na nowo stawiają pytania o odpowiedzialność i odpowiedzialnych za Holocaust.

Jestem dużo młodszy od amerykańskiego historyka, wojny nie widziałem, a moja kwerenda źródeł jest prawdopodobnie dużo uboższa od jego. Mimo tego muszę się nie zgodzić z jego implikacjami i wymową dzieła.

Przez polskie media przewinęła się debata nad jakością pracy Grossa-historyka. Z debaty tej wyłania się obraz dwojaki: po pierwsze metody badawcze zastosowane w "Strachu" i "Złotych żniwach" budzą sprzeciw głównie z powodów statystycznych (radosne podejście do liczb, wyciąganie wniosków o tendencjach na podstawie wycinkowej próbki, manipulacje próbkami); po drugie - do mordów na Żydach absolutnie dochodziło. Można się co najwyżej spierać o skalę.

Nie chcę i nie potrafię podważać drugiego wątku. Z opowieści zasłyszanych od ludzi starszych (kiedy jeszcze można było ich słuchać, świadków z roku na rok coraz mniej na tym świecie) wiem, że sytuacje takie miały miejsce, tak samo jak plądrowania, tyle że - zwłaszcza na wsi - trzeba je osadzić w głębszym kontekście. Mimo tego wymowę książki Grossa uważam za obraźliwą.

Historyk ten ledwie sygnalizuje, że wojnę wywołali Niemcy. Fakt, wspomina o tym, ale w tym miejscu poprzestaje. A jest to kluczowy wątek dla zrozumienia całej sytuacji!

Przypomnę jeszcze tylko "Rozdzióbią nas kruki, wrony" Żeromskiego. Chłopa okradającego z czego się dało trupa powstańca, walczącego o jego wolność. Z tym obrazem bardzo współgra "Życie na niby. Pamiętnik po Klęsce" Kazimierza Wyki. Lecz nie o chłopstwo tu chodzi (skądinąd stan ten dla Polski bardzo zasłużony i nie zawsze doceniany). W każdym narodzie, społeczeństwie, występuje podobny przekrój jednostek: indyferentna większość, szlachetni i dobrzy (w sposób wyrazisty, heroiczny), oraz osoby o bardziej mętnym podejściu. Zazwyczaj wspomniana większość jest swoistym podmiotem gry obu mniejszości. W społeczeństwach normalnych istniał ethos szlachetności, który masy kierował ku tej jasnej stronie.

Co w 1939 roku zrobili obaj okupanci: brunatny i czerwony? Ano byli wyjątkowo zgodni - systematycznie dokonywali eksterminacji elity polskiej. A więc tych, którzy - przynajmniej w większości - uosobiali ethos dobra. Akcja zaplanowana, realizowana z morderczą precyzją musiała przynieść efekt w postaci aprecjacji zła. I cichego przyzwolenia na zło - przez zaniechanie. O tym, że była to taktyka niech świadczy fakt, że pospolici przestępcy w obozach koncentracyjnych byli w istotnie lepszym położeniu od innych więźniów.

Sytuacja mordu nigdy nie jest czymś chwalebnym i nie należy się nią chlubić. Przykłady zachowań ludzi przytoczone przez p. Engelking-Boni szokują i przygniatają (mnie osobiście nad wyraz porusza historia małego żydowskiego chłopca prowadzonego na - co dla wszystkich jest oczywiste - śmierć do Niemców pytającego swego "przewodnika" "co panu przeszkadza, że ja będę żył"). Pozostaje to cieżarem sumień sprawców. Ale nie wolno za to winić narodu polskiego. To niemiecki, hitlerowski okupant, wespół z sowieckim są wprost odpowiedzialni za to, że niektórzy Polacy w czasie wojny i po niej dopuszczali się zbrodni na Żydach. I nie tylko Żydach, bo lista jest długa na czele z samymi Polakami.

Za czasów II Rzeczpospolitej dochodziło do czynów haniebnych: getta ławkowe, wysadzanie cerkwii w województwach wschodnich... To smutna karta narodu znanego ze swej gościnności i tolerancji. Nie można jej jednak rozciągać na pożałowania godne wypadki okupacyjne. Snuje się, niczym gombrowiczowska niezgoda z niezgułą teoria, że to przez tradycje antysemickie, czy też "rekolekcje" fundowane przez Narodową Demokrację. Istotnie, ksenofobiczne konwulsje również nie były czymś godnym. A mimo to jestem pewien, że nawet gdyby w ówczesnej Polsce sił i propagandy endeckiej nie było, logika zastosowana przez okupantów skończyła by się tak samo: gwałtami, mordami i plądrowaniami. Sąsiad przeciw sąsiadowi.

II Rzeczpospolita przypomina teraz z oddali puszkę Pandory. Kłębiło się tam sporo dusznej atmosfery. A mimo to ethos szlachetności nie pozwalał wydostać się mętom z puszki i stać się normą. I może cytat ze Słowackiego o tej sile fatalnej "co was, zjadaczy chleba w aniołów przerobi" jest nieco górnolotny, ale oddziaływanie postawy niechętnej antysemityzmowi w końcu doprowadziłoby do zmarginalizowania zjawiska. "Lecz ludzi dobrej woli jest więcej" śpiewał Niemen.

Tymczasem "dnia pierwszego września, roku pamiętnego" zjawił się okupant, który rozumując na zimno otworzył puszkę. I dlatego odpowiedzialność za działania łotrów była, jest i będzie jego.

Panie Janie Tomaszu Grossie: w swym dziele szukania docieraj Pan do odpowiedzialnych, a nie do mniej czy bardziej bezwolnych narzędzi.