poniedziałek, 12 września 2011

Oferta

W Europejskiej Stolicy Kultury in spe można przebierać w ofertach. W sobotę można było wybierać pomiędzy Europejskim Kongresem Kultury, troszkę wykręconym w lewym kierunku, a zorganizowanym mordobiciem pod nazwą "Walka XXI wieku: Adamek vs Kliczko". W pierwszym przypadku była to impreza głównie dla kuratorów, dyrektorów i innego autoramentu menedżerów kultury. O ich dobre samopoczucie dbała policja konwojując autokary z Hali Stulecia do hoteli, aby szacowni goście nie marnowali czasu stojąc w korkach. Przecież to nie są zwykli frajerzy.
W tym samym czasie na naszym najdroższym stadionie dwóch dżentelmenów postanowiło obić sobie ryje. Policja o dziwo - nie aresztowała dżentelmenów za bójkę, a otaczającej ich 40-stotysięcznej gawiedzi za podżeganie do czynu zabronionego, lecz dbała o sprawne dotarcie na miejsce mordobicia.
Pomiędzy tym wszystkim przypadkowe społeczeństwo Wrocławia miało jedno zadanie: nie przeszkadzać. A jak się nie podoba to wynosić się na swoją wieś z której jeszcze słomę w butach macie.
Może warto skorzystać, skoro na zapadłej polskiej wsi woda bieżąca w kranie jest czymś oczywistym. We Wrocławiu na Kozanowie od dwóch miesięcy nie. Ona tylko bywa - kiedy chce. Zazwyczaj ma to miejsce w godzinach 24:00-5.30. Bo przecież wielkie miasto żyje dla nocy.

PS1. Za tydzień powtórka: George Michael na najdroższym stadionie zgrabnie będzie łączył obie imprezy. Nie mogę się doczekać.

PS2. Zapachnie tanią demagogią, ale ze względu na jedność czasu z konwencją PO nie mogę sobie darować. Donald Tusk podkreślał, że chce być premierem od zwykłych rzeczy, od ciepłej wody w kranie. Część osób twierdziła, że to rezygnacja z bardziej ambitnych planów (i okazuje się, że miała słuszność), a hasło ciepłej wody wydawało się być w miarę bezpieczne i wykonalne. Ale nawet to premierowi nie wyszło: żeby nawet zimna woda była...

I ostatni PS3: W trakcie organizacji dowozu na mordobicie ogłoszono, że pod sam stadion mogą podjeżdżać tylko samochody z zagranicznymi rejestracjami. Polactwo won i albo na piechotę, albo komunikacją - przepraszam za eufemizm - publiczną. Wraz z konwojami gwiazd kulturalnej biurokracji europejskiej urasta to już do rangi symbolu - wyobraźcie sobie coś takiego np. w Niemczech - by zasady organizacji ruchu nie obowiązywały cudzoziemców. Jak sąsiedzi mają nas szanować, jak sami dbamy o to, by nie musieli?  To jest praktyka kraju kolonialnego.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Problem z Janem Tomaszem Grossem


Jan Tomasz Gross opublikował kolejną książkę o mniej chwalebnych działaniach ludzi w czasie ostatniej wojny światowej. "Złote żniwa" po ponad 65 latach na nowo stawiają pytania o odpowiedzialność i odpowiedzialnych za Holocaust.

Jestem dużo młodszy od amerykańskiego historyka, wojny nie widziałem, a moja kwerenda źródeł jest prawdopodobnie dużo uboższa od jego. Mimo tego muszę się nie zgodzić z jego implikacjami i wymową dzieła.

Przez polskie media przewinęła się debata nad jakością pracy Grossa-historyka. Z debaty tej wyłania się obraz dwojaki: po pierwsze metody badawcze zastosowane w "Strachu" i "Złotych żniwach" budzą sprzeciw głównie z powodów statystycznych (radosne podejście do liczb, wyciąganie wniosków o tendencjach na podstawie wycinkowej próbki, manipulacje próbkami); po drugie - do mordów na Żydach absolutnie dochodziło. Można się co najwyżej spierać o skalę.

Nie chcę i nie potrafię podważać drugiego wątku. Z opowieści zasłyszanych od ludzi starszych (kiedy jeszcze można było ich słuchać, świadków z roku na rok coraz mniej na tym świecie) wiem, że sytuacje takie miały miejsce, tak samo jak plądrowania, tyle że - zwłaszcza na wsi - trzeba je osadzić w głębszym kontekście. Mimo tego wymowę książki Grossa uważam za obraźliwą.

Historyk ten ledwie sygnalizuje, że wojnę wywołali Niemcy. Fakt, wspomina o tym, ale w tym miejscu poprzestaje. A jest to kluczowy wątek dla zrozumienia całej sytuacji!

Przypomnę jeszcze tylko "Rozdzióbią nas kruki, wrony" Żeromskiego. Chłopa okradającego z czego się dało trupa powstańca, walczącego o jego wolność. Z tym obrazem bardzo współgra "Życie na niby. Pamiętnik po Klęsce" Kazimierza Wyki. Lecz nie o chłopstwo tu chodzi (skądinąd stan ten dla Polski bardzo zasłużony i nie zawsze doceniany). W każdym narodzie, społeczeństwie, występuje podobny przekrój jednostek: indyferentna większość, szlachetni i dobrzy (w sposób wyrazisty, heroiczny), oraz osoby o bardziej mętnym podejściu. Zazwyczaj wspomniana większość jest swoistym podmiotem gry obu mniejszości. W społeczeństwach normalnych istniał ethos szlachetności, który masy kierował ku tej jasnej stronie.

Co w 1939 roku zrobili obaj okupanci: brunatny i czerwony? Ano byli wyjątkowo zgodni - systematycznie dokonywali eksterminacji elity polskiej. A więc tych, którzy - przynajmniej w większości - uosobiali ethos dobra. Akcja zaplanowana, realizowana z morderczą precyzją musiała przynieść efekt w postaci aprecjacji zła. I cichego przyzwolenia na zło - przez zaniechanie. O tym, że była to taktyka niech świadczy fakt, że pospolici przestępcy w obozach koncentracyjnych byli w istotnie lepszym położeniu od innych więźniów.

Sytuacja mordu nigdy nie jest czymś chwalebnym i nie należy się nią chlubić. Przykłady zachowań ludzi przytoczone przez p. Engelking-Boni szokują i przygniatają (mnie osobiście nad wyraz porusza historia małego żydowskiego chłopca prowadzonego na - co dla wszystkich jest oczywiste - śmierć do Niemców pytającego swego "przewodnika" "co panu przeszkadza, że ja będę żył"). Pozostaje to cieżarem sumień sprawców. Ale nie wolno za to winić narodu polskiego. To niemiecki, hitlerowski okupant, wespół z sowieckim są wprost odpowiedzialni za to, że niektórzy Polacy w czasie wojny i po niej dopuszczali się zbrodni na Żydach. I nie tylko Żydach, bo lista jest długa na czele z samymi Polakami.

Za czasów II Rzeczpospolitej dochodziło do czynów haniebnych: getta ławkowe, wysadzanie cerkwii w województwach wschodnich... To smutna karta narodu znanego ze swej gościnności i tolerancji. Nie można jej jednak rozciągać na pożałowania godne wypadki okupacyjne. Snuje się, niczym gombrowiczowska niezgoda z niezgułą teoria, że to przez tradycje antysemickie, czy też "rekolekcje" fundowane przez Narodową Demokrację. Istotnie, ksenofobiczne konwulsje również nie były czymś godnym. A mimo to jestem pewien, że nawet gdyby w ówczesnej Polsce sił i propagandy endeckiej nie było, logika zastosowana przez okupantów skończyła by się tak samo: gwałtami, mordami i plądrowaniami. Sąsiad przeciw sąsiadowi.

II Rzeczpospolita przypomina teraz z oddali puszkę Pandory. Kłębiło się tam sporo dusznej atmosfery. A mimo to ethos szlachetności nie pozwalał wydostać się mętom z puszki i stać się normą. I może cytat ze Słowackiego o tej sile fatalnej "co was, zjadaczy chleba w aniołów przerobi" jest nieco górnolotny, ale oddziaływanie postawy niechętnej antysemityzmowi w końcu doprowadziłoby do zmarginalizowania zjawiska. "Lecz ludzi dobrej woli jest więcej" śpiewał Niemen.

Tymczasem "dnia pierwszego września, roku pamiętnego" zjawił się okupant, który rozumując na zimno otworzył puszkę. I dlatego odpowiedzialność za działania łotrów była, jest i będzie jego.

Panie Janie Tomaszu Grossie: w swym dziele szukania docieraj Pan do odpowiedzialnych, a nie do mniej czy bardziej bezwolnych narzędzi.

wtorek, 20 lipca 2010

Jak skutecznie demotywować pracowników - #2 ::Papier

Biuro, jak to biuro. Od czasu do czasu papieru potrzebuje. Dodatkowo jeśli działalność biura wiąże się z jakimkolwiek zadawaniem się z państwem, województwem czy inszym samorządem ilość potrzebnego papieru wzrasta.
Jest też druga tendencja - ograniczania kosztów poprze redukcję kosztów eksploatacyjnych, takich jak ogrzewanie, klimatyzacja (kto mówi, że w ogóle ma być?), pracownicy czy papier.
Trzeci czynnik to taki, że jeśli jakakolwiek kwota w korporacji pochodzi z jakiegokolwiek budżetu (samo)rządowego czy unijnego, trzeba zorganizować przetarg.
I z tych trzech czynników jesteśmy w stanie spreparować całkiem skuteczną mieszankę demotywującą. A więc do dzieła.
Krok 1: Zamawiamy w firmie zewnętrznej program do zliczania kartek drukowanych przez każdego użytkownika. Program koniecznie musi być zainstalowany na każdym komputerze. Ale to nie koniec, to byłby tylko dowód nieufności (złodzieje jesteście!), a nam chodzi o demotywacuję przez utrudnianie życia. Konieczne features programu to: zliczanie wszystkiego jak leci (jeśli użytkownik używa np. drukarki wirtualnej do tworzenia pdf'ów - np. na bazie popularnego ghostscripta - zlicza mu się to oczywiście jako zadruk), widoczna idiotyczność (programowi nie wolno przeliczać powieżchni druku - 1 sztuka A4 to to samo co 1 szt. B1), oraz osobliwy cykl wydawniczy każący traktować wdrożenie jako wczesne testy. Ostatnia możliwość jest potrzebna, by uzyskać wiecznie mielącego np. Worda (tzn.: uruchamianie minimum 10 minut, odstęp pomiędzy wciśnięciem klawisza a pojawieniem się znaku minimum 15s), inne programy odpowiednio.
Krok 2: Wiedząc o konieczności zamówienia papieru przez przetarg ociągamy się z tym i mówimy, że nie wiemy, czy przez najbliższe dwa lata przetarg odbędzie się, bo pieniędzy przecież nigdy nie za dużo, trzeba oszczędzać, a pracownicy na pewno za dużo drukują. Narastające objawy braku papieru po prostu ignorujemy.
Krok 3: Czekamy na rozwój wypadków.

Co otrzymujemy?


Najpierw zaczyna się nerwowe drukowanie dwustronne, często kilku stron na arkusz. Jeśli chcemy jeszcze wzmocnić ducha bojowego naszych ludzi, musimy zadbać o to, by informatycy wyłączyli możliwość druku z automatycznym dupleksem - o ile oczywiście posiadamy drukarkę z taką funkcją.
Następnie nadchodzi era wydruków próbnych na ekranie komputera.
Bardzo cenną możliwością jest wprowadzenie wydawania kartek w sekretariacie biura - każda z osób które potrzebują papieru musi stawić się przed sekretarką śledczą, która po serii wnikliwych i wścibskich pytań (a po co? a inaczej się nie da?) łaskawie wydzieli 4 kartki. Jakie to ma działanie - nie muszę opisywać. W każdym razie kierunkowe.
Kolejnym etapem są cięcia. Przynajmniej moje biuro miało pewien zapas kartek A3. Ludzie to wezmą, ludzie to potną na mniej-więcej równe połowy. Z punktu widzenia budzenia ducha bojowego ma to same zalety. Po pierwsze - procedura cięcia jest dość uwłaczająca (jak się jedzie całą ryzę i wie się, że to nie ostatnia). Po drugie - profesjonalny wygląd dokumentów o kształcie trapezu (przy dużym szczęściu), bądź z bardziej fantazyjnym bokiem wzbudza szacunek u kontrahentów. Po trzecie na ogólne zwiększenie ciśnienia bardzo dobrze wpływają zdarzające się bardzo często zacięcia nierównego papieru - przy czym zdecydowanie preferowane są przypadki złożone, wymagające pełnego rozebrania maszyny i przejrzenia całej drogi papieru.
Wreszcie po pewnym czasie, nieśmiało, ludzie zaczynają przynosić własny papier. Zwycięstwo! Oszczędność! W tym momencie rozpisujemy i szybko rozstrzygamy przetarg na papier, ale tylko w takiej ilości, by widmo kryzysu celulozowego było cały czas obecne.

czwartek, 1 lipca 2010

Jak skutecznie demotywować pracowników - #1

Kiedyś obiecałem V., że opiszę coś z przebogatej obserwacji sposobów demotywowania pracowników. Założenie jest proste. Jest firma mała-średnia, zatrudnia około 80-90 osób, wchodzi w skład większej grupy, koncernu. Na wejściu mamy grupę przeciętnych pracowników: część świeżo po studiach, więc chce się wykazać, coś zrobić, ma zapał; część przeżywa normalny kryzys, szuka nowej pracy; część ma dość pracy, ale wierzy, że może coś się zmieni (oczywiście na lepsze, wtrąciłaby szybko Mała Mi), część nie wierzy, ale zostaje w pracy, bo firma działa de facto dla dobra innych ludzi, więc czują resztki misji. Cel: sprawić by wszyscy pracownicy czuli się niepotrzebni, mali, niezaangażowani i albo uciekali, albo gnili. Dziś pierwsza odsłona.


Rozwalamy system projektów


Potrzebujemy: W firmie musi funkcjonować system projektów, służący m.in. do nagradzania zaangażowania pracowników w zadania nietypowe, wymagające współpracy w ramach holdingu czy wymagających dużo większej dyspozycyjności i przekraczania czasu pracy.
Wymagany jest też system biurowego maila i ewentualnie jakiś system informatyczny dla HR


Step to reproduce:

Pierwsza sprawa: zmniejszamy jak leci budżety projektów. Pożądany współczynnik ndash; minimum 10 razy, 20 też nie jest przesadzoną liczbą.
Dodatkowo za pomocą maila dziękujemy osobiście (wiceprezes) za zaangażowanie w projekt informując o tym, że przyznano nagrodę motywacyjną (w finalnej kwocie powiedzmy 50zł brutto - po zmianie wysokości). Mail ma formę bezpośredniego listu od wice. Należy ndash; i to bardzo ważny czynnik – opatrzyć list klauzlą "wiadomość wygenerowana automatycznie", oraz pod nazwiskiem adresata wpisać ID z systemu zarządzania R. "Wpis wiadomość" obligatoryjnie w treści listu, by nie było mowy o pomyłce.

Co osiągamy ta taktyką

Przede wszystkim pracownicy są wściekli z powodu nagłej istotnej zmiany budżetu i tego, co zdarzało się dostawać wcześniej. Są wśród nich zapewne tacy, którzy (jeżeli projekt naprawdę był ważny i potrzebny) zainwestowali w to nie tylko swój czas, ale i jakieś prywatne pieniądze, licząc, że firma wyrówna to przy okazji wypłacania pieniędzy z projektów. Ci będą najbardziej niezadowoleni.


Na uznanie można liczyć również od kierowników projektów (którzy o wysokości części wynagrodzeniowej budżetu dowiedzieli się przy okazji wypłat). Ich zażenowanie z powodu tego, że spowodowali wypłacenie komuś np. 20 zł za 3 kwartały także przybliża nas do celu. Dodatkowym czynnikiem jest mocne postawienie sprawy, że starać się nie opłaca, albo że każdy powinien motywować się tym, że jeszcze ma pracę.


Największe problemy będą mieli oczywiście ci z misją ndash; reszta się po prostu zwinie za czas jakiś. A oni będą musieli poczuć potrzebę pomocy jeszcze mocniej. Albo rozstać się z poczuciem misji...


A okazji do rozważań zapewne im nie zabraknie...

sobota, 24 kwietnia 2010

Kompleksowe Badania Ruchu

Ponieważ w okolicach Wrocławia namnożyło się dziwnych opowieści (że podam przykłady: tutaj i późniejsze, ew. bardzo nieciekawe), warto opowiedzieć, po co są badania ruchu. I dlaczego wyniki - najprawdopodobniej - nie pójdą do szuflady.
* * *
W wielu miastach na świecie, jednym z instrumentów zarządzania miastem i ruchem w nim są modele ruchu. Są one próbą oddania - za pomocą aparatu matematycznego - złożonego systemu aktywności ludzi w mieście i jego okolicach, aktywności przekładającej się na ruch, na ich podróże. W najczęściej spotykanym wydaniu taka symulacja składa się z czterech części, z której każda próbuje odpowiedzieć na swoje pytanie:
1. Generacja podróży - ile statystycznie osób ma ochotę/potrzebę przemieszczenia się (z różnych pobudek: do pracy, do szkoły, do sklepów, wrócić do domu)
2. Dystrybucja podróży - jeśli dana statystyczna osoba ma statystyczną chęć przemieszczenia się, to do jakiego miejsca (pracy, jakiej szkoły, sklepu, kina itd.) chce dojechać.
3. Podział pracy przewozowej - skoro wiemy, w dokąd ludzie chcą podróżować, pytanie teraz w jaki sposób: pieszo? rowerem? autobusem? tramwajem? samochodem? a może jeszcze inaczej (np. za pomocą kombinacji wcześniejszych)
4. Obciążenie sieci - poszukuje się odpowiedzi jaką trasą każdy ze statystycznych ludzi będzie się poruszał.
Zastosowanie modelu ma oczywiście rozliczne korzyści: przede wszystkim pozwala "na sucho" przetestować rozwiązania komunikacyjne - od skrzyżowania począwszy, poprzez np. budowę nowej ulicy (czy też ograniczenie ruchu - z różnych powodów, np. remontu), a skończywszy na rozwiązaniach systemowych, takich jak zmiana przebiegu linii komunikacji zbiorowej.
* * *
Model jest małżeństwem piękna wzorów matematycznych i ordynarnej statystyki. Przy jego tworzeniu mamy część z grubsza gotową - matematyczną i nasz wkład: statystykę miasta.
Każde, nawet najmniejsze miasto różni się od pozostałych. Oczywiście, np. miasta polskie będą do siebie bardziej podobne niż np. miasta niemieckie. A miasta europejskie to zupełnie co innego niż miasta afrykańskie. Dla każdego opracowywanego miasta, aby zasymulować podróże w nim odbywane, trzeba posiadać ich charakterystykę.
Charakterystyka ta pozwala odpowiadać na powyżej wypisane cztery pytania. I stąd kompleksowe badania ruchu.
* * *
Kompleksowe badania ruchu dzielą się na kilka modułów:
1. Ankiety w gospodarstwach domowych - dostarczają informacji dotyczących 3 pierwszych kroków modelu, przeprowadza się ją zazwyczaj w granicach miasta.
2. Ankiety kierowców i pasażerów komunikacji zbiorowej (w tym kolei) na wlotach/wylotach dróg - również dostarczają informacji o 3 pierwszych krokach, tym razem dla mieszkających poza miastem, a korzystających z niego.
Najważniejszym pytaniem, które zadawane jest w trakcie ankiet, jest skąd, dokąd i po co ktoś jechał.
3. Pomiary natężeń ruchu samochodowego i rowerowego, oraz napełnień pojazdów komunikacji zbiorowej - wykonywany bezinwazyjnie - pozwala skalibrować czwartą, ostatnią część modelu.
Poza tym zazwyczaj wykonuje się dodatkowe badania, mogące wspomóc model i decyzje, takie jak ankietowe badania ruchu towarowego (pyta się kierowców firm transportowych o ich marszruty i częstotliwość przejazdów), a także o preferencje użytkowników (np. czy wolą krótsze czy dłuższe trasy komunikacji zbiorowej, czy płaciliby za parkowanie w centrum gdyby opłata wynosiła X zł itp.
Dopiero takie informacje pozwalają skalibrować model.
* * *
Niestety nie wystarczy takie badanie przeprowadzić raz. Ponieważ rzeczywistość (a więc także i rzeczywistość transportowa) jest dynamiczna i zmienia się, badania trzeba powtarzać - najlepiej co 5 lat. W Polsce próbuje się zazwyczaj co 10 (z wyjątkiem bodajże Warszawy i Krakowa). Powtarzanie badań pozwala zaobserwować trendy zmian, co z kolei przekłada się na wyższą jakość prognoz. Bo model ruchu służy nie tylko bieżącemu zarządzaniu, ale też i planowaniu.
* * *
A jakie są szanse, że dany urząd (w tym wypadku Urząd Miejski Wrocławia) schowa wyniki do szafy i przykryje warstwą biurokratycznej makulatury? Żadne obawiam się. Jeden argument: Wrocław, jak większość miast, aplikuje o pieniądze z różnorakich funduszy Unii Europejskiej na rozbudowę sieci dróg. Przy każdym wniosku obligatoryjne jest sporządzenie prognozy w oparciu o model ruchu....

czwartek, 22 kwietnia 2010

Wieloryb

Statek był żółty i miał czerwono-niebieski pasek przez środek. Żeby użyć tego oczekiwanego, puściłem wolno kilka innych, które do mnie przypłynęły. Kiedy mnie połknął cieszyłem się, że dopłynie dokładnie do mojego portu w krótkim czasie.
Niestety wkrótce, w kolejnym porcie pośrednim drzwi statku się zepsuły. I kapitan nakazał opuszczenie okrętu. Posłusznie więc udałem się na przystanek w poszukiwaniu wieloryba, już w tym momencie nieco poirytowany. Zaledwie światła zamknęły mi drogę powrotu, mój okręt stał się ponownie sprawnym okrętem i pomknął z pasażerami w dalszą drogę. Wieloryb, sunąc po szynach w końcu dotarł. A potem i tak musiałem przesiąść się na statek.

Jestem Jonaszem.

Przyzwyczaiłem się już do tego, że okręty uciekają na sam mój widok (jak tylko docieram do przystani zawsze widzę grupę stojących na redzie okrętów, które już odeszły). Wieloryby zresztą zachowują się podobnie.

Nie wiem, jakie jakie jest moje posłanie, ani gdzie jest Niniwa. Ale jestem Jonaszem.

No chyba, że "Według Łotra" Wiśniewskiego-Snerga dzieje się naprawdę. A ja jestem tanim, plastikowym manekinem...

wtorek, 20 kwietnia 2010

1939 czyli ostatnie impresje z pogrzebu

"Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy". Dawno już te słowa hymnu nie miały takiej mocy. Dostrzegłem przez te dni niezwykle optymistyczny, zapatrzony w przyszłość wydźwięk Mazurka Dąbrowskiego. Nie jest zapatrzony w przeszłość, choć nie odcina się od niej. Historia jest źródłem doświadczeń, które uczą i tworzą wzorce ("jak Czarnecki", "dał nam przykład Bonaparte"), ale całość skierowana jest na tu i teraz ("odbierzemy", "złączym"). A jednocześnie jest naszą obietnicą (bo tak należy rozumieć dwa pierwsze wersy)...
Przyzwyczaiłem się do niego, spowszedniał. Niedawno na nowo odkryłem jego mądrość. Nie dziwi mnie już, że podnosił do walki.

* * *

Coraz bardziej rozumiem też - znów dzięki żałobie - fenomen roku 1939. Przynajmniej ja odbierałem zachowania społeczne sprzed wybuchu II Wojny jako wyjątkowe: powszechna mobilizacja, gdzie ludzie sami zgłaszali się do oddziałów, fundowanie broni ("Armii w darze")... Odbierałem to jako wyjątkowe, jako wynik doskonałego wychowania patriotycznego. Myślałem, że dzisiaj coś takiego nie byłoby możliwe.
I teraz wiem, że to bzdura.
Wiem już, że gdyby zaszła potrzeba, polskie społeczeństwo zjednoczyło by się bardzo szybko. Że gdyby przyszło bronić suwerenności (różnie pojmowanej), mielibyśmy do czynienia z obrazkami jak z podręczników historii. A pierwszymi w szeregu byliby ci na co dzień bardzo krytycznie oceniający polską rzeczywistość.
Bo chyba tacy jesteśmy my, jako Polacy, że współpracować umiemy w czasach zagrożeń. W czasach spokojniejszych cenimy wolność wypowiedzi.
Broniewski:
"Są w Ojczyźnie rachunki krzywd
obca dłoń ich też nie przekreśli
ale krwi nie odmówi nikt
wytoczymy ją z piersi i pieśni"
On, jako osoba niebyt mile widziana w II RP, miał pełne prawo do gorzkiego pierwszego wersu. Gdy widziałem na Krakowskim Przedmieściu różne osoby: i tych, którzy pokładali nadzieję i w tym prezydencie i w innych osobach będących na pokładzie; i tych, którzy dowiedzieli się, że "stali tam, gdzie wcześniej stało ZOMO" - zrozumiałem wiersz Broniewskiego...

* * *

A paraleli do późnych lat międzywojnia znalazłbym więcej. Obaj liderzy dominujących partii wycinali ze swoich szeregów "niezależnych", a otaczali się dworem, miernotami? Skąd my to znamy? Czyż nie tak było z Rydzem-Śmigłym? Człowiek, który do pięt nie dorastał Marszałkowi. Ale był wygodny. Kiedy wszyscy bali się, że kolejna osoba na stanowisku głównodowodzącego, może powtórzyć karierę Piłsudskiego, zdobyć jego pozycję i wpływy, umieścili na czele wojska słabego Rydza. I tenże udowodnił, że mieli rację, bo w obliczu niemieckiej agresji szybko stracił głowę i zwiał.
A Beck - minister bez zaplecza i bez rozeznania politycznego?
Dobrze, kończę wyliczankę, bo zbyt współcześnie wygląda...

* * *

Cieszę się tym niespodziewanym wybuchem jedności. Mimo podziałów, które zaraz się uwidoczniły. Jedność w stylu OKP jest raczej niemożliwa - przynajmniej w Polsce. Nie wierzę w szybkie efekty tego przebudzenia, tego doświadczenia - bądź co bądź - bycia wspólnotą. Ale to zakiełkuje. Tak, jak nie od razu działały słowa Jana Pawła II wypowiedziane na pl. Zwycięstwa w Warszawie w 1979, tak i teraz to pozornie zniknie. Ale myślę, że za jakiś czas będzie z tego plon - jak obecna "klasa polityczna" zacznie się przecierać i znikać. Przyjdą inni ludzie. I sądzę, że będzie ciut lepiej. Niedużo, ale jednak.

* * *

A na koniec sądzę, że będzie jeszcze jeden efekt, szybki, tegoroczny. Coś mi się wydaje, że ten rok będzie rekordowy, jeśli chodzi o zgłoszenia do służby w wojsku i policji...