"Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy". Dawno już te słowa hymnu nie miały takiej mocy. Dostrzegłem przez te dni niezwykle optymistyczny, zapatrzony w przyszłość wydźwięk Mazurka Dąbrowskiego. Nie jest zapatrzony w przeszłość, choć nie odcina się od niej. Historia jest źródłem doświadczeń, które uczą i tworzą wzorce ("jak Czarnecki", "dał nam przykład Bonaparte"), ale całość skierowana jest na tu i teraz ("odbierzemy", "złączym"). A jednocześnie jest naszą obietnicą (bo tak należy rozumieć dwa pierwsze wersy)...
Przyzwyczaiłem się do niego, spowszedniał. Niedawno na nowo odkryłem jego mądrość. Nie dziwi mnie już, że podnosił do walki.
* * *
Coraz bardziej rozumiem też - znów dzięki żałobie - fenomen roku 1939. Przynajmniej ja odbierałem zachowania społeczne sprzed wybuchu II Wojny jako wyjątkowe: powszechna mobilizacja, gdzie ludzie sami zgłaszali się do oddziałów, fundowanie broni ("Armii w darze")... Odbierałem to jako wyjątkowe, jako wynik doskonałego wychowania patriotycznego. Myślałem, że dzisiaj coś takiego nie byłoby możliwe.
I teraz wiem, że to bzdura.
Wiem już, że gdyby zaszła potrzeba, polskie społeczeństwo zjednoczyło by się bardzo szybko. Że gdyby przyszło bronić suwerenności (różnie pojmowanej), mielibyśmy do czynienia z obrazkami jak z podręczników historii. A pierwszymi w szeregu byliby ci na co dzień bardzo krytycznie oceniający polską rzeczywistość.
Bo chyba tacy jesteśmy my, jako Polacy, że współpracować umiemy w czasach zagrożeń. W czasach spokojniejszych cenimy wolność wypowiedzi.
Broniewski:
"Są w Ojczyźnie rachunki krzywd
obca dłoń ich też nie przekreśli
ale krwi nie odmówi nikt
wytoczymy ją z piersi i pieśni"
On, jako osoba niebyt mile widziana w II RP, miał pełne prawo do gorzkiego pierwszego wersu. Gdy widziałem na Krakowskim Przedmieściu różne osoby: i tych, którzy pokładali nadzieję i w tym prezydencie i w innych osobach będących na pokładzie; i tych, którzy dowiedzieli się, że "stali tam, gdzie wcześniej stało ZOMO" - zrozumiałem wiersz Broniewskiego...
* * *
A paraleli do późnych lat międzywojnia znalazłbym więcej. Obaj liderzy dominujących partii wycinali ze swoich szeregów "niezależnych", a otaczali się dworem, miernotami? Skąd my to znamy? Czyż nie tak było z Rydzem-Śmigłym? Człowiek, który do pięt nie dorastał Marszałkowi. Ale był wygodny. Kiedy wszyscy bali się, że kolejna osoba na stanowisku głównodowodzącego, może powtórzyć karierę Piłsudskiego, zdobyć jego pozycję i wpływy, umieścili na czele wojska słabego Rydza. I tenże udowodnił, że mieli rację, bo w obliczu niemieckiej agresji szybko stracił głowę i zwiał.
A Beck - minister bez zaplecza i bez rozeznania politycznego?
Dobrze, kończę wyliczankę, bo zbyt współcześnie wygląda...
* * *
Cieszę się tym niespodziewanym wybuchem jedności. Mimo podziałów, które zaraz się uwidoczniły. Jedność w stylu OKP jest raczej niemożliwa - przynajmniej w Polsce. Nie wierzę w szybkie efekty tego przebudzenia, tego doświadczenia - bądź co bądź - bycia wspólnotą. Ale to zakiełkuje. Tak, jak nie od razu działały słowa Jana Pawła II wypowiedziane na pl. Zwycięstwa w Warszawie w 1979, tak i teraz to pozornie zniknie. Ale myślę, że za jakiś czas będzie z tego plon - jak obecna "klasa polityczna" zacznie się przecierać i znikać. Przyjdą inni ludzie. I sądzę, że będzie ciut lepiej. Niedużo, ale jednak.
* * *
A na koniec sądzę, że będzie jeszcze jeden efekt, szybki, tegoroczny. Coś mi się wydaje, że ten rok będzie rekordowy, jeśli chodzi o zgłoszenia do służby w wojsku i policji...
Teraz piszę tam...
14 lat temu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz