sobota, 24 kwietnia 2010

Kompleksowe Badania Ruchu

Ponieważ w okolicach Wrocławia namnożyło się dziwnych opowieści (że podam przykłady: tutaj i późniejsze, ew. bardzo nieciekawe), warto opowiedzieć, po co są badania ruchu. I dlaczego wyniki - najprawdopodobniej - nie pójdą do szuflady.
* * *
W wielu miastach na świecie, jednym z instrumentów zarządzania miastem i ruchem w nim są modele ruchu. Są one próbą oddania - za pomocą aparatu matematycznego - złożonego systemu aktywności ludzi w mieście i jego okolicach, aktywności przekładającej się na ruch, na ich podróże. W najczęściej spotykanym wydaniu taka symulacja składa się z czterech części, z której każda próbuje odpowiedzieć na swoje pytanie:
1. Generacja podróży - ile statystycznie osób ma ochotę/potrzebę przemieszczenia się (z różnych pobudek: do pracy, do szkoły, do sklepów, wrócić do domu)
2. Dystrybucja podróży - jeśli dana statystyczna osoba ma statystyczną chęć przemieszczenia się, to do jakiego miejsca (pracy, jakiej szkoły, sklepu, kina itd.) chce dojechać.
3. Podział pracy przewozowej - skoro wiemy, w dokąd ludzie chcą podróżować, pytanie teraz w jaki sposób: pieszo? rowerem? autobusem? tramwajem? samochodem? a może jeszcze inaczej (np. za pomocą kombinacji wcześniejszych)
4. Obciążenie sieci - poszukuje się odpowiedzi jaką trasą każdy ze statystycznych ludzi będzie się poruszał.
Zastosowanie modelu ma oczywiście rozliczne korzyści: przede wszystkim pozwala "na sucho" przetestować rozwiązania komunikacyjne - od skrzyżowania począwszy, poprzez np. budowę nowej ulicy (czy też ograniczenie ruchu - z różnych powodów, np. remontu), a skończywszy na rozwiązaniach systemowych, takich jak zmiana przebiegu linii komunikacji zbiorowej.
* * *
Model jest małżeństwem piękna wzorów matematycznych i ordynarnej statystyki. Przy jego tworzeniu mamy część z grubsza gotową - matematyczną i nasz wkład: statystykę miasta.
Każde, nawet najmniejsze miasto różni się od pozostałych. Oczywiście, np. miasta polskie będą do siebie bardziej podobne niż np. miasta niemieckie. A miasta europejskie to zupełnie co innego niż miasta afrykańskie. Dla każdego opracowywanego miasta, aby zasymulować podróże w nim odbywane, trzeba posiadać ich charakterystykę.
Charakterystyka ta pozwala odpowiadać na powyżej wypisane cztery pytania. I stąd kompleksowe badania ruchu.
* * *
Kompleksowe badania ruchu dzielą się na kilka modułów:
1. Ankiety w gospodarstwach domowych - dostarczają informacji dotyczących 3 pierwszych kroków modelu, przeprowadza się ją zazwyczaj w granicach miasta.
2. Ankiety kierowców i pasażerów komunikacji zbiorowej (w tym kolei) na wlotach/wylotach dróg - również dostarczają informacji o 3 pierwszych krokach, tym razem dla mieszkających poza miastem, a korzystających z niego.
Najważniejszym pytaniem, które zadawane jest w trakcie ankiet, jest skąd, dokąd i po co ktoś jechał.
3. Pomiary natężeń ruchu samochodowego i rowerowego, oraz napełnień pojazdów komunikacji zbiorowej - wykonywany bezinwazyjnie - pozwala skalibrować czwartą, ostatnią część modelu.
Poza tym zazwyczaj wykonuje się dodatkowe badania, mogące wspomóc model i decyzje, takie jak ankietowe badania ruchu towarowego (pyta się kierowców firm transportowych o ich marszruty i częstotliwość przejazdów), a także o preferencje użytkowników (np. czy wolą krótsze czy dłuższe trasy komunikacji zbiorowej, czy płaciliby za parkowanie w centrum gdyby opłata wynosiła X zł itp.
Dopiero takie informacje pozwalają skalibrować model.
* * *
Niestety nie wystarczy takie badanie przeprowadzić raz. Ponieważ rzeczywistość (a więc także i rzeczywistość transportowa) jest dynamiczna i zmienia się, badania trzeba powtarzać - najlepiej co 5 lat. W Polsce próbuje się zazwyczaj co 10 (z wyjątkiem bodajże Warszawy i Krakowa). Powtarzanie badań pozwala zaobserwować trendy zmian, co z kolei przekłada się na wyższą jakość prognoz. Bo model ruchu służy nie tylko bieżącemu zarządzaniu, ale też i planowaniu.
* * *
A jakie są szanse, że dany urząd (w tym wypadku Urząd Miejski Wrocławia) schowa wyniki do szafy i przykryje warstwą biurokratycznej makulatury? Żadne obawiam się. Jeden argument: Wrocław, jak większość miast, aplikuje o pieniądze z różnorakich funduszy Unii Europejskiej na rozbudowę sieci dróg. Przy każdym wniosku obligatoryjne jest sporządzenie prognozy w oparciu o model ruchu....

czwartek, 22 kwietnia 2010

Wieloryb

Statek był żółty i miał czerwono-niebieski pasek przez środek. Żeby użyć tego oczekiwanego, puściłem wolno kilka innych, które do mnie przypłynęły. Kiedy mnie połknął cieszyłem się, że dopłynie dokładnie do mojego portu w krótkim czasie.
Niestety wkrótce, w kolejnym porcie pośrednim drzwi statku się zepsuły. I kapitan nakazał opuszczenie okrętu. Posłusznie więc udałem się na przystanek w poszukiwaniu wieloryba, już w tym momencie nieco poirytowany. Zaledwie światła zamknęły mi drogę powrotu, mój okręt stał się ponownie sprawnym okrętem i pomknął z pasażerami w dalszą drogę. Wieloryb, sunąc po szynach w końcu dotarł. A potem i tak musiałem przesiąść się na statek.

Jestem Jonaszem.

Przyzwyczaiłem się już do tego, że okręty uciekają na sam mój widok (jak tylko docieram do przystani zawsze widzę grupę stojących na redzie okrętów, które już odeszły). Wieloryby zresztą zachowują się podobnie.

Nie wiem, jakie jakie jest moje posłanie, ani gdzie jest Niniwa. Ale jestem Jonaszem.

No chyba, że "Według Łotra" Wiśniewskiego-Snerga dzieje się naprawdę. A ja jestem tanim, plastikowym manekinem...

wtorek, 20 kwietnia 2010

1939 czyli ostatnie impresje z pogrzebu

"Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy". Dawno już te słowa hymnu nie miały takiej mocy. Dostrzegłem przez te dni niezwykle optymistyczny, zapatrzony w przyszłość wydźwięk Mazurka Dąbrowskiego. Nie jest zapatrzony w przeszłość, choć nie odcina się od niej. Historia jest źródłem doświadczeń, które uczą i tworzą wzorce ("jak Czarnecki", "dał nam przykład Bonaparte"), ale całość skierowana jest na tu i teraz ("odbierzemy", "złączym"). A jednocześnie jest naszą obietnicą (bo tak należy rozumieć dwa pierwsze wersy)...
Przyzwyczaiłem się do niego, spowszedniał. Niedawno na nowo odkryłem jego mądrość. Nie dziwi mnie już, że podnosił do walki.

* * *

Coraz bardziej rozumiem też - znów dzięki żałobie - fenomen roku 1939. Przynajmniej ja odbierałem zachowania społeczne sprzed wybuchu II Wojny jako wyjątkowe: powszechna mobilizacja, gdzie ludzie sami zgłaszali się do oddziałów, fundowanie broni ("Armii w darze")... Odbierałem to jako wyjątkowe, jako wynik doskonałego wychowania patriotycznego. Myślałem, że dzisiaj coś takiego nie byłoby możliwe.
I teraz wiem, że to bzdura.
Wiem już, że gdyby zaszła potrzeba, polskie społeczeństwo zjednoczyło by się bardzo szybko. Że gdyby przyszło bronić suwerenności (różnie pojmowanej), mielibyśmy do czynienia z obrazkami jak z podręczników historii. A pierwszymi w szeregu byliby ci na co dzień bardzo krytycznie oceniający polską rzeczywistość.
Bo chyba tacy jesteśmy my, jako Polacy, że współpracować umiemy w czasach zagrożeń. W czasach spokojniejszych cenimy wolność wypowiedzi.
Broniewski:
"Są w Ojczyźnie rachunki krzywd
obca dłoń ich też nie przekreśli
ale krwi nie odmówi nikt
wytoczymy ją z piersi i pieśni"
On, jako osoba niebyt mile widziana w II RP, miał pełne prawo do gorzkiego pierwszego wersu. Gdy widziałem na Krakowskim Przedmieściu różne osoby: i tych, którzy pokładali nadzieję i w tym prezydencie i w innych osobach będących na pokładzie; i tych, którzy dowiedzieli się, że "stali tam, gdzie wcześniej stało ZOMO" - zrozumiałem wiersz Broniewskiego...

* * *

A paraleli do późnych lat międzywojnia znalazłbym więcej. Obaj liderzy dominujących partii wycinali ze swoich szeregów "niezależnych", a otaczali się dworem, miernotami? Skąd my to znamy? Czyż nie tak było z Rydzem-Śmigłym? Człowiek, który do pięt nie dorastał Marszałkowi. Ale był wygodny. Kiedy wszyscy bali się, że kolejna osoba na stanowisku głównodowodzącego, może powtórzyć karierę Piłsudskiego, zdobyć jego pozycję i wpływy, umieścili na czele wojska słabego Rydza. I tenże udowodnił, że mieli rację, bo w obliczu niemieckiej agresji szybko stracił głowę i zwiał.
A Beck - minister bez zaplecza i bez rozeznania politycznego?
Dobrze, kończę wyliczankę, bo zbyt współcześnie wygląda...

* * *

Cieszę się tym niespodziewanym wybuchem jedności. Mimo podziałów, które zaraz się uwidoczniły. Jedność w stylu OKP jest raczej niemożliwa - przynajmniej w Polsce. Nie wierzę w szybkie efekty tego przebudzenia, tego doświadczenia - bądź co bądź - bycia wspólnotą. Ale to zakiełkuje. Tak, jak nie od razu działały słowa Jana Pawła II wypowiedziane na pl. Zwycięstwa w Warszawie w 1979, tak i teraz to pozornie zniknie. Ale myślę, że za jakiś czas będzie z tego plon - jak obecna "klasa polityczna" zacznie się przecierać i znikać. Przyjdą inni ludzie. I sądzę, że będzie ciut lepiej. Niedużo, ale jednak.

* * *

A na koniec sądzę, że będzie jeszcze jeden efekt, szybki, tegoroczny. Coś mi się wydaje, że ten rok będzie rekordowy, jeśli chodzi o zgłoszenia do służby w wojsku i policji...

sobota, 17 kwietnia 2010

Zastanawiam się

Zastanawiam się, na spokojnie, jakim prezydentem byłby Lech Kaczyński, gdyby nie atakowano go tak brutalnie.
Jeśliby porównać artykuły prasowe na jego temat za życia i po śmierci uderza ogromna zmiana temperatury i nastroju. Jeślibym miał się oprzeć na tych sprzed katastrofy, dowiedziałbym się o małostkowym, wiecznie pijanym, zakompleksionym na punkcie niskiego wzrostu frustracie; prymitywnym demagogu z brakami w wykształceniu, za swój cel stawiającemu zniszczenie wszystkiego i wszystkich, w dodatku obranego na urząd w w wyniku jakiegoś spisku i szwindla.
Po śmierci okazało się, że jest to postać nieco bardziej wielowymiarowa. I że - co trzeba powiedzieć - był to obraz fałszywy w swojej ciągłości i jednoznaczności.
Czy trzeba było aż śmierci, by to zauważyć?
* * *
Nie będzie to przyczynek do "kanonizacji" LK. Zgodzę się z tymi głosami, które twierdzą, że w procesie advocatus diaboli miałby zbyt ułatwione zadanie. Nie był człowiekiem wybitnym, choć na pewno starał się być człowiekiem uczciwym, popełniał grube błędy. Ale ja nie o tym.
* * *
Tak się składa, że sposób prowadzenia sporu w Polsce jest bardzo - przepraszam za brak innego określenia - lewacki (co bynajmniej nie znaczy, że lewicowy) [*]. Obowiązują proste zasady: reakcję należy zwalczać w zarodku, kto nie jest z nami ten jest przeciwko nam i podstawowe: nasz przeciwnik na pewno jest idiotą. Z tego typu podejściem mieliśmy do czynienia we wczesnych latach 90-tych ubiegłego wieku (gdzie wygodnie stygmatyzowało się za pomocą ciemnogrodu i podejrzeń o przynależność do masonerii, ewentualnie delikatne aferały), a z nową siłą wybuchło przed pięciu laty (wdzięczny określnik stygmatyzujący pisowcy). Przy czym należy dodać, że określniki te były stosowane szeroko, aplikacja nie wymagała wgłębiania się w znajomość rzeczy i miała zaboleć osoby określane. Czyli nie była to ocena zachowania a broń ofensywna.
Co to spowodowało?
Po pierwsze, zmieniło poziom wrażliwości. Przykładowy pisowiec (nie ważne, że określeniem tym mógł zostać obdarowany człowiek nie mający nic wspólnego z tytularną partią) miał stać się (i stawał w oczach wielu ludzi) osobą drugiej kategorii. Przykład? "Schowaj babci dowód". I mam wrażenie, że gdyby jakiś neo-hitler zaproponował ostateczne rozwiązanie problemu "pisowców", zyskałby w pewnych środowiskach poklask i zrozumienie. Nie mówię tu o politykach, ale o zwykłych ludziach, których każdy z nas spotyka. A to jest straszne.
Drugi poważny skutek to zwiększenie marginesów różnej maści i ich postępująca radykalizacja. Z jednej strony ludziom odmawiano prawa do własnych wyborów (określając je jako niesłuszne, niegrzeczne i takie, których nie trzeba respektować; jak po słynnych wynikach wyborów w 2005 r.). Ludzie czują się zepchnięci na margines właśnie i zaczynają się zastanawiać, czy X., Y. czy Z. nie ma racji, mówiąc, że to spisek, masoneria i cykliści. Ci, co trafili tam we wcześniejszej turze, zaczynają działania, które im dają poczucie, że coś robią starają się zmienić. Nie przypadkiem Lepper wypłynął m.in. na blokadach...
* * *
Kończąc ten przydługi wpis chciałbym zauważyć, że katastrofa Tupolewa jest punktem zwrotnym. Niespodziewanym. Acz na pewno zwrotnym. Teraz decyduje się. Albo zauważymy człowieka (a więc - w co wierzą chrześcijanie - odbicie Jezusa), nauczymy się go szanować mimo nie zgadzania się z nim, albo swary, krzyki i demaskacje wrogów rewolucji ("kto przeciw Wawelowi, ten jest renegatem") utopią nas w ciągu maksimum półtora dekady. Nie będzie co zbierać. "Nic nie będzie".
Spirala oskarżeń, po trzydniowym wytchnieniu znów zaczyna się rozkręcać. Jedyna możliwość to stanąć obok i głośno w tym nie uczestniczyć. Może to jeszcze opamięta...

[*] Jeśli ktoś chce zobaczyć na czym to polega, polecam książkę Guntera Wallraffa pt. "Wstępniak" - autor stara się - przez zatrudnienie w niemieckim "Bildzie" przy pisaniu artykułów - demaskować podłość i niskość "prawicowej" narracji. Sposób, w jaki to robi, ogół jego niezmąconego niczym przekonania o słuszności celu czy wreszcie metody i uzasadnienie ich stosowania dają potworny obraz lewactwa właśnie. Jest to efekt prawdopodobnie niezamierzony przez autora, ale przerażająco jasny i przemawiający.

niedziela, 11 kwietnia 2010

10. 04. 2010

Straszna tragedia. Jakoś mnie porządnie zabolało, bo de facto odkąd dowiedziałem się, nie bardzo potrafiłem coś sensownego zrobić... Może to taki chichot, że ten Kaczyński, którego wyzywali od partyjnego prezydenta prawdziwych pisowców, zginął na służbie...
Troszkę się niestety obawiam, że ktoś przymusił pilota do lądowania (tylu generałów, czy sam Pan Prezydent), oby nie... No i znów chyba się pewna epoka skończyła.
Żal mi Kaczyńskich: córki Marty, która nagle została w ogóle bez rodziców. Pani Jadwigi - wszak ostatnio trafiła do szpitala, miejmy nadzieję, że przetrzyma... I chyba najbardziej jarkacza... Przecież on był w brata zapatrzony, tyle razy poświęcał dla niego wszystko, ryzykował, zawierał baaaardzo wątpliwe sojusze. I teraz jego brat -jak Bierut - wraca z Rosji w kopercie...
Szkoda Kochanowskiego - myślę, że był - mimo wpadek - najlepszym RPO.
Szkoda Skrzypka - niedocenianego faceta, co przeprowadził NBP i złotego suchą stopą przez kryzys. A grząsko było. Szkoda Kurytyki... Miał u mnie krechę za wysiudanie Nizieńskiego i Kieresa jakimiś papierami (które do końca się nie wyjaśniły), ale z drugiej strony
miał odwagę się postawić. Trochę jak Wildstein - obaj starali się być niezależnymi urzędnikami pro publico bono.... Szkoda wielu innych. Nie tylko czysto po ludzku. Przemysława Edgara, postaci - zgódźmy się - kontrowersyjnej i na pewno niejednoznacznej, ale zasługi swoje miał (o
czym ostatnio pisał Mazurek).
Co do komentarzy internetowych, to po dzisiejszych doświadczeniach dużo bardziej bliskie jest mi ból stwierdzenia Jezusa z dzisiejszej nowenny - o duszach oziębłych... Taka postawa to rzeczywiście szarpanie Nie miał racji Miller mówiąc, że w polskiej polityce topór
wojenny zakopuje się wraz z wrogiem. Wróg, jak widać leży.... Topór lata. Dożynanie watahy... Swoją drogą, ciekawe czy Sikorski w swoim wykrzykiwaniu "były prezydent Lech Kaczyński" wiedział, jak aktualne mogą to być słowa...
A PiS nie wiem czy przetrwa... Bo kwiat ich działaczy przyjęła dzisiaj rosyjska ziemia...
Choć a'propos komentarzy to spotykałem też postawę ludzi raczej przeciwnych LK, którzy dzisiaj bardzo urośli w moich oczach widząc w tym tragedię ludzi i narodową...

* * *

Boję się co będzie dalej... Choć nie wiem, czemu

* * *

Ale są pozytywne efekty. Coby ofiara na marne nie poszła. Są oczywiście kreatury, o których mówiłem, że obalają bon-mot Millera. Ale hmmm - mam wrażenie, że po latach tylu a tylu (za Mickiewiczem) ludzie poczuli się narodem - zjednoczeni śmiercią Pierwszej Pary
spojrzeli na siebie nie jako uczestnicy nawalanki PO-PiS, czy jakichś skrzydeł, ale jak na bliźnich i jak na rodaków... Tak chciałbym, by to spojrzenie zakiełkowało... Może naiwny jestem. Ale chyba tylko to obudzone poczucie dobra wspólnego jest w stanie coś ruszyć. Bo było
już dramatycznie. A - jeśli nic się nie zmieni - będzie jeszcze gorzej. Za Kaczyńskiego jako kraj stanęliśmy na skraju przepaści... Za Komorowskiego/Tuska...
Miejmy nadzieję, że to nieprzystająca do rzeczywistości parafraza Gierka...

* * *

I jeszcze jedna refleksja. W sprawie samolotu, ale tylko poniekąd. Trzeba nauczyć się jak najszybciej odróżniać tanie państwo od dziadowskiego państwa. Przypominam też, że biednych nie stać na rzeczy tanie...

---

muzycznie:
* Golden Life "24. 11. 1994"
* Pink Floyd "High Hopes" - nie ma co porównywać z odejściem Jana Pawła II, ale coś się skończyło

EDIT: W tekście tym znajdowało się parę słów o problemach kondycji moralnej paru osób lecących na pokładzie - po napisaniu tego akapitu rozmawiałem jednak z różnymi ciekawymi ludźmi i wszyscy zwracali uwagę na niespotykane nasycenie osobami duchownymi listy pasażerów (co 9 ?), wobec tego wycofuję się z tych słów smutku aby zrobić miejsce nadziei...