sobota, 17 kwietnia 2010

Zastanawiam się

Zastanawiam się, na spokojnie, jakim prezydentem byłby Lech Kaczyński, gdyby nie atakowano go tak brutalnie.
Jeśliby porównać artykuły prasowe na jego temat za życia i po śmierci uderza ogromna zmiana temperatury i nastroju. Jeślibym miał się oprzeć na tych sprzed katastrofy, dowiedziałbym się o małostkowym, wiecznie pijanym, zakompleksionym na punkcie niskiego wzrostu frustracie; prymitywnym demagogu z brakami w wykształceniu, za swój cel stawiającemu zniszczenie wszystkiego i wszystkich, w dodatku obranego na urząd w w wyniku jakiegoś spisku i szwindla.
Po śmierci okazało się, że jest to postać nieco bardziej wielowymiarowa. I że - co trzeba powiedzieć - był to obraz fałszywy w swojej ciągłości i jednoznaczności.
Czy trzeba było aż śmierci, by to zauważyć?
* * *
Nie będzie to przyczynek do "kanonizacji" LK. Zgodzę się z tymi głosami, które twierdzą, że w procesie advocatus diaboli miałby zbyt ułatwione zadanie. Nie był człowiekiem wybitnym, choć na pewno starał się być człowiekiem uczciwym, popełniał grube błędy. Ale ja nie o tym.
* * *
Tak się składa, że sposób prowadzenia sporu w Polsce jest bardzo - przepraszam za brak innego określenia - lewacki (co bynajmniej nie znaczy, że lewicowy) [*]. Obowiązują proste zasady: reakcję należy zwalczać w zarodku, kto nie jest z nami ten jest przeciwko nam i podstawowe: nasz przeciwnik na pewno jest idiotą. Z tego typu podejściem mieliśmy do czynienia we wczesnych latach 90-tych ubiegłego wieku (gdzie wygodnie stygmatyzowało się za pomocą ciemnogrodu i podejrzeń o przynależność do masonerii, ewentualnie delikatne aferały), a z nową siłą wybuchło przed pięciu laty (wdzięczny określnik stygmatyzujący pisowcy). Przy czym należy dodać, że określniki te były stosowane szeroko, aplikacja nie wymagała wgłębiania się w znajomość rzeczy i miała zaboleć osoby określane. Czyli nie była to ocena zachowania a broń ofensywna.
Co to spowodowało?
Po pierwsze, zmieniło poziom wrażliwości. Przykładowy pisowiec (nie ważne, że określeniem tym mógł zostać obdarowany człowiek nie mający nic wspólnego z tytularną partią) miał stać się (i stawał w oczach wielu ludzi) osobą drugiej kategorii. Przykład? "Schowaj babci dowód". I mam wrażenie, że gdyby jakiś neo-hitler zaproponował ostateczne rozwiązanie problemu "pisowców", zyskałby w pewnych środowiskach poklask i zrozumienie. Nie mówię tu o politykach, ale o zwykłych ludziach, których każdy z nas spotyka. A to jest straszne.
Drugi poważny skutek to zwiększenie marginesów różnej maści i ich postępująca radykalizacja. Z jednej strony ludziom odmawiano prawa do własnych wyborów (określając je jako niesłuszne, niegrzeczne i takie, których nie trzeba respektować; jak po słynnych wynikach wyborów w 2005 r.). Ludzie czują się zepchnięci na margines właśnie i zaczynają się zastanawiać, czy X., Y. czy Z. nie ma racji, mówiąc, że to spisek, masoneria i cykliści. Ci, co trafili tam we wcześniejszej turze, zaczynają działania, które im dają poczucie, że coś robią starają się zmienić. Nie przypadkiem Lepper wypłynął m.in. na blokadach...
* * *
Kończąc ten przydługi wpis chciałbym zauważyć, że katastrofa Tupolewa jest punktem zwrotnym. Niespodziewanym. Acz na pewno zwrotnym. Teraz decyduje się. Albo zauważymy człowieka (a więc - w co wierzą chrześcijanie - odbicie Jezusa), nauczymy się go szanować mimo nie zgadzania się z nim, albo swary, krzyki i demaskacje wrogów rewolucji ("kto przeciw Wawelowi, ten jest renegatem") utopią nas w ciągu maksimum półtora dekady. Nie będzie co zbierać. "Nic nie będzie".
Spirala oskarżeń, po trzydniowym wytchnieniu znów zaczyna się rozkręcać. Jedyna możliwość to stanąć obok i głośno w tym nie uczestniczyć. Może to jeszcze opamięta...

[*] Jeśli ktoś chce zobaczyć na czym to polega, polecam książkę Guntera Wallraffa pt. "Wstępniak" - autor stara się - przez zatrudnienie w niemieckim "Bildzie" przy pisaniu artykułów - demaskować podłość i niskość "prawicowej" narracji. Sposób, w jaki to robi, ogół jego niezmąconego niczym przekonania o słuszności celu czy wreszcie metody i uzasadnienie ich stosowania dają potworny obraz lewactwa właśnie. Jest to efekt prawdopodobnie niezamierzony przez autora, ale przerażająco jasny i przemawiający.

4 komentarze:

  1. hm, nie wiedziałam że lechu był kreowany na wiecznie pijanego.

    ale imho: całe prywatne plusy nie mogą nam jednak przeslonić tego, że lech polityczne błędy popełniał.
    jego życie prywatne- to jego prywatna sprawa. co innego życie polityczne

    OdpowiedzUsuń
  2. Tragicznym rysem dla naszej sytuacji jest to, że śp. prezydent z wolna zaczynał się wdrażać do urzędu. Nigdy nie nadawał się na to stanowisko i pewnie nigdy by się na nim nie spełnił. Jego prezydentura była dokładnie taka, na jaką go było stać. Jej punkt wyjściowy wyznaczył bratersko-partyjny meldunek. Media nie musiały się wysilać w jego przypadku, wystarczyło go pokazywać. Nierównowaga polega raczej na tym, że retuszują skandale i gafy obecnej władzy. Jednak krótko przed śmiercią, zbiorowym narodowym wysiłkiem, doszedł do poziomu "mniejszego zła" w ówczesnej sytuacji. Ze swojej strony otwarcie zadeklarowałem zamiar głosowania na niego. Ale teraz to przeszłość, sytuacja będzie zupełnie inna i głosowania zupełnie inne.

    OdpowiedzUsuń
  3. ja przyznaję się, że jeszcze nie myślałam o wyborach, kiedy sławkas składał deklaracje.
    nadal nie wiem czy lechu byłby mniejszym złem, ale to tylko dywagacje- bo przecież nie znaliśmy podówczas jeszcze wszystkich kandydatów.

    anyway: katastrofa była 10, a jeszcze kilka dni wcześniej śmialiśmy się z lecha, że powiedział o jakiejś kobiecie (chyba w sejmie) że ona jest chyba naćpana.

    myślę sobie, że lechu był niewłaściwą osobą na niewłaściwym miejscu.
    nie odejmując mu ani wiedzy, ani inteligencji, ani osobowości.
    ale jak dla mnie swe aspiracje wielkości powinien był chyba bardziej uskuteczniać jako wykładowca/naukowiec/akademik.

    @sławkas
    jak jarkacz wystartuje będziesz miał szansę ponownie zagłosować na jednego z braci.

    OdpowiedzUsuń
  4. o, na przykład dorn dzisiaj zrezygnował z kandydowania.

    OdpowiedzUsuń